Wyjazd na MASTERS OF ROCK planowaliśmy już mniej więcej do marca. Przez ten
czas stopniowo docierały do nas informacje o kolejnych gwiazdach zbliżającej się
imprezy. Manowar, Rhapsody, Rage, Edguy czy HammerFall były wystarczającą
zachętą by ruszyć tyłek do Czech. Tak więc gdy w piątek rano nastał czas wyjazdu
byłem zwarty i gotowy na ogromną dozę heavy metalowej (i nie tylko) jazdy
(podobnie jak Darek, hehe)!
Dzień 1
Do Vizovic, małego, spokojnego miasteczka dotarłem we wczesne piątkowe
popołudnie. Po odnalezieniu znajomych (Darek znalazł się dopiero po Nightwish’u)
uraczyłem się miejscowym piwem, po czym skierowałem swe kroki ku przeznaczeniu.
Postanowiłem wejść na teren festiwalu, żeby zobaczyć co też tam w trawie piszczy
(bo w puszczy to wiem, że żubr). Trzeba przyznać, że byłem pod sporym wrażeniem
powierzchni, na jakiej odbywał się tego roczny MASTERS OF ROCK. Spora scena,
całkiem duży plac i ogromne zaplecze handlowe. Stoisk z jedzeniem, piciem i
przede wszystkim z płytami oraz koszulkami było bez liku, i bez obaw można było
się zaopatrzyć we wszystko, co niezbędne dla maniaka ciężkiej muzy. Jak dla mnie
to organizatorzy (PRAGOKONCERT) nie zadbali tylko o odpowiednią wielkość punktów
sanitarnych i chyba przede wszystkim również nie adekwatne do zdecydowanie
większych potrzeb pole namiotowe. Oglądając drogi dojazdowe od strony Zlinu, na
poboczach można było znaleźć rozbite namioty, zaparkowane samochody i tłumy
ludzi. Skromnie licząc było chyba z 25 tysięcy fanów muzyki (może nawet ponad 30
tysięcy).
Od strony muzycznej, festiwal był stosunkowo zróżnicowany, od
rocka, przez punk, aż do heavy power metalu. Pierwsze, co udało mi się zobaczyć,
choć przyznam, że nie do końca, bo po jakimś czasie wystarczająco mnie znudziło,
był występ Lenki Dusilovej. Dziewczę wyglądające jak Sinead O’Connor,
brzdąkające coś na swojej gitarze nie było zdecydowanie tym, na co przybyło
większość ludzi. Kolejnych dwóch wykonawców również pochodziło z Czech, więc
stwierdziłem, że ciekawiej będzie połazić po terenie festiwalu i posączyć browar
w niedaleko położonym parku, tym bardziej, że dźwięki kolejnych koncertów było
słychać niemal w całych Vizovicach i bez obaw można było ocenić, na co warto się
wybrać, a co najzwyczajniej olać. Po błogim, niemal dwu godzinnym lenistwie
postanowiliśmy wraz z przyjaciółmi wtargnąć na plac przed sceną, choć ja
wybrałem wygodniejszą opcję okupacji miejsca siedzącego na trybunie, znajdującej
się naprzeciwko miejsca „spektaklu”. Zespołem, który miał wystąpić była czołowa
niemiecka kapela, Rage. Bliżej o ich występie opowie wam Darek, z którym
pokusiliśmy się o ciekawą formę tej relacji i napisaliśmy ją wspólnie, aby
zobaczyć jak sprawdzi się ten „eksperyment” w praktyce.
RAGE (Darek): Podążając na koncert Rage, załapaliśmy się
jeszcze na większą cześć występu zespołu Chinaski. Z grupą tą spotkałem się już
rok temu, podczas ich koncertu na festiwalu w Trincu. Chinaski prezentuję dziwną
odmianę pop rocka silnie wzorując się na brytyjskich zespołach, czyli najbliżej
im do Oasis. Mnie osobiście ich muzyka nie przypadła do gustu, jednak w Czechach
ta formacja jest bardzo popularna, o czym świadczyła reakcja publiczności na ich
występ. Po zejściu ze sceny Chinaski, wszyscy ruszyliśmy pod barierki, aby móc
jak z najbliższej odległości zobaczyć występ jednej z gwiazd „Masters Of Rock” –
Rage. Jeszcze tylko chwila, aż techniczni wszystko ustawią tak jak trzeba i na
scenę wkroczy legenda niemieckiego metalu. Występ zaczął Mike pytaniem: czy
jesteśmy gotowi na siłę Rage? Retoryczne pytanie. Byliśmy cholernie gotowi,
jednak takie rozpoczęcia setu chyba nikt się nie spodziewał: „Don’t Feel The
Winter” z albumu „Perfect Man”. W czasie koncertu mogliśmy usłyszeć same hity
min. „Firestorm”; „Black In Mind”; „Set This World On Fire”; „Down” czy
„Soundchaser”. Oczywiście po paru kawałkach swój popis na perkusji zaczął Mike
„Madman” Terrana. Dla mnie jest on bez wątpienia jednym z najlepszych obecnie
perkmanów na świecie. To wyprawia Mike z pałeczkami, to prawdziwy szok. Niech
mnie kule biją, jeśli na tym festiwalu usłyszał ktoś lepsze solo na perkusji.
Obok mnie jakiś Czech powtarzał co chwilę: O kur..! Co było dobitnym docenieniem
umiejętności Mike. Znów po paru kawałkach, cuda z gitarą zaczął wyprawiać:
Viktor Smolski. Mało jest takich muzyków jak w Rage, którzy cieszą się z każdego
zagranego koncertu. Rogal na twarzy Peavy mówił sam za siebie. Zespół zagrał
oczywiście jeszcze największy hit z ostatniego krążka, czyli „War Of Worlds”
poprzedzony intro „Orgy Of Destruction”. Na sam koniec zaśpiewany wspólnie z
publicznością „Higher Than The Sky”. Tym koncertem po raz kolejny Rage udowodnił
swą klasę. Jedynymi minusami występu Rage był krótki występ i brak wielu
wspaniałych starych utworów.
EDGUY (Marcin): Po kilkunastominutowej przerwie
technicznej na scenę wkroczyli muzycy Edguy, który był jednym z powodów mojego
przybycia do Czech. Nigdy wcześniej nie miałem okazji zobaczenia na żywo
niemieckich power metalowców, więc nie wiem jak wyglądają ich show. To, co
zobaczyłem w piątkowy wieczór na pewno mnie nie powaliło, ale również nie mogę
powiedzieć, że było dla mnie do dupy. Secik ciekawy, przede wszystkim publika
mogła usłyszeć największe kawałki „Vain Glory Opera”, „Tears Of A Mandrake”,
„Babylon” i jako bis „Out Of Control”. Nie mniej sam początek, a głównie
nagłośnienie nieco spieprzyły występ Edguy i sprawiły, że odbieram go tylko,
jako jeden z wielu podczas tych trzech dni spędzonych na MASTERS OF ROCK.
Drażniły mnie też falsetowe popisy Tobiasa. Jak dla mnie, co prawda doskonale
okazywały wielkie możliwości wokalne frontmana Edguy, ale z drugiej strony
patrząc, dla wszystkich zatwardziałych fanów ciężkich brzmień musiały brzmieć
stanowczo jakby gość nie miał jaj. No, ale oczywiście, jeżeli będę miał okazję
jeszcze zobaczyć Tobiasa Sammeta i spółkę, to raczej się wahać nie będę i
chętnie znowu obejrzę ich w akcji, bo jednak lwia część kompozycji zespołu
potrafi mnie zaciekawić na tyle, że łapię się na nuceniu „Out Of Control”.
NIGHTWISH (Marcin): Gwiazdą piątkowego wieczoru miał być
Nightwish. Miałem okazję zobaczyć już Finów podczas koncertu na Mystic Festival
i raczej wiedziałem czego się spodziewać. Mnie osobiście twórczość tego zespołu
zdecydowanie nie rusza (może z wyjątkiem „Wishmaster”) i szczerze mówiąc
niespecjalnie interesował mnie występ fińskiego zespołu w Vizovicach. No, ale,
że byłem tam jako wysłannik METALHEART.PL, więc spieszę donieść, że Nightwish
zgromadził mnóstwo duszyczek na swoim koncercie i nie pomylę się, jeżeli powiem,
że cała przestrzeń od sceny, aż po trybunę (w sumie jakieś 20 tysięcy) zapełniła
się słuchaczami. Wydaje mi się, że sporo czeskich fanów przybyło właśnie na ten
zespół, bo ilość koszulek Nightwish nieco tylko ustępowała wizerunkom Manowar.
Jeśli chodzi o formę Tarjii, to jej wielbiciele mogą spać spokojnie, pokazała
się z bardzo dobrej strony i to raczej jej należy zawdzięczać, że występ zespołu
został przez ich wielbicieli przyjęty gorąco, oczywiście nie przez wszystkich,
bo spora grupa maniaków cięższych brzmień wolała posiedzieć przy piwie
spoglądając na sporej wielkości ekran (drugi znajdował się z boku sceny)
umieszczony obok stoisk z kulinarnymi „perełkami” pokroju „parka w rohliku”.
Jednak z postawy fanów wnioskowałem, że show w wykonaniu Skandynawów przyjęto
zostało bardzo entuzjastycznie, głównie wśród młodszych fanów, dla których
Nightwish to „klasyka” metalowego czy też power metalowego grania. No cóż, nic
dodać nic ująć. Jednak ogromna popularność Tarjii i jej kolegów jest
niezaprzeczalna, i nawet mnie zrobiło się miło w uszach, gdy usłyszałem
nieśmiertelny cover pana Gary Moor’a „Over The Hills And Far Away”, z resztą
chyba najlepszy numer, jaki tego wieczora muzycy z Finlandii przedstawili.
Koncert skończył się po 1.00 i mimo, że została do posłuchania jeszcze jedna
kapela, to postanowiliśmy udać się w stronę noclegu i tam pobiesiadować jeszcze
przez jakiś czas.
Dzień 2
Pobudka o ósmej z hakiem, szybka toaleta i marsz po śniadanie. Tak rozpoczął
się dzień drugi festiwalu. W zasadzie postanowiliśmy do 19.00 nie błąkać się po
terenie imprezy, ale przed 16.00 przekroczyliśmy bramy „piekieł”. W tym czasie
na scenie „walczyli” muzycy fińskiego Uniklubi, który po dłuższym przysłuchaniu
się przypominał uboższą wersję Nightwisha, wzbudzającą wśród publiki raczej
średnie zainteresowanie. 10 minut tego koncertu uświadomiło, że lepiej siąść
chyba jednak przy browarze i darować sobie efekty wizualne tego zespołu.
Pierwszą „rzeczą”, która ponoć miała być dobra i warta zainteresowania tego dnia
miała rozpocząć grać o 19:00 i obserwując zapełniający się plac przed sceną
byłem w stanie w to w uwierzyć. Darek opowiem wam jednak resztę.
DIE HAPPY (Darek): Z ciekawością poszedłem na tak bardzo
reklamowany przez znajomego zespół Die Happy. Muzyka grupy to nowoczesny hard
rock z kobietą na wokalu. Zespół bardzo szybko złapał znakomity kontakt z
publicznością, w czym olbrzymia zasługa wokalistki. Nic w tym dziwnego, w tej
niemieckiej grupie, za mikrofonem rządzi Czeska kobieta: Marta Jankova.
Reasumując bardzo przeciętny występ, trwający aż godzinę z hakiem. Nie mniej
płyta była zapełniona fanami, którzy bawili się znakomicie. Następnym razem, gdy
spotkam się na festiwalu z Die Happy, na pewno ich koncert sobie daruję.
HOLYHELL (Darek): Po Die Happy, po przerwie racząc się
browarem, nadszedł czas na kolejny zespól z kobietą na wokalu – Holyhell.
Kurczę, albo się starzeję, albo ta amerykańska grupa jest po prostu do kitu.
Pomimo bardzo silnego, mocnego głosu wokalistki i umiejętności posługiwania się
nim, muzyka wszystko kładzie na łopatki. Wielka szkoda, bo możliwości techniczne
Holyhell są naprawdę olbrzymie. Strasznie nie lubię porównywać zespołów, w tym
przypadku, porównania same cisną się na usta. W jednym dużym kotle (Holyhell)
znajdziemy: szczyptę Nightwish, surówkę z Lacrimosy, przyprawę z Evanescence i
ziemniaczki ala Dreams Of Sanity. Występ nawet nie poprawiło pojawienie się
gościa z Manowar (Eric’a Adams’a). Jedynym plusem koncertu Holyhell były
przedstawione przez kapele covery, Rhapsody, Nightwish a zdecydowanie najlepiej
wypadł zagrany na koniec utwór z repertuaru Yngwie Malmsteen’a.
RHAPSODY (Marcin): Włosi byli moim powodem numer 2, dla
którego ruszyłem na podbój Vizovic. Chciałem przede wszystkim usłyszeć „Emerald
Sword” i „Holy Thunderforce”, no i jak można się było domyślać, nie zawiodłem
się w najmniejszym stopniu. Z resztą moim zdaniem występ Włochów był jednym z
najbardziej udanych podczas MASTERS OF ROCK. Początkiem koncertu była epicka
opowieść, która miała być wizualizowana na owych ogromnych ekranach. Napisałem
„miała być”, bo niestety z powodu problemów natury technicznej nie była i całemu
temu wstępowi towarzyszył obraz z serii „przepraszamy za usterki”. No, ale na
całe szczęście muzyka Rhapsody sprawiła, że nikt zbytnio nie przejął się
spieprzonym przez technicznych „intro”. Można śmiało rzecz, że na scenie i
bardziej pod nią trwało istne szaleństwo licznie zgromadzonych fanów kapeli. Nie
można nie wspomnieć o sporej grupie polskich maniaków Rhapsody, których wszędzie
było pełno i nasi południowi sąsiedzi z zazdrością patrzyli na zabawy naszych
rodaków, a także ich flagi. Nie wiem, czemu, ale jedna czeska, którą widziałem
przez cały MASTERS OF ROCK bardzo mnie zdziwiła. Koncert trwał nieco ponad
godzinę i z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że byłem bardzo zadowolony tym,
co usłyszałem. Co by nie mówić Włosi mają ogromny „ciąg” i słuchanie ich należy
do ogromnej przyjemności, czego nie mogę powiedzieć o wielu innych zespołach
poruszających się w kręgu power metalu. No, ale po tym występie oczy i uszy
wszystkich były skierowane już tylko na jedno wydarzenie.
MANOWAR
(Marcin) Moje ostatnie spotkanie z Manowar miało miejsce niemal równe trzy lata
temu w położonym kilkanaście kilometrów od Vizovic, Zlinie. Niestety wtedy
najbardziej zapadło mi w pamięci niesamowicie gwiazdorskie zachowanie zespołu,
który nie raczył ruszyć dupy by zagrać choć jeden bis. Wówczas byłem bardzo
rozczarowany i wkur...ny zarazem, bo Manowar to dla mnie coś więcej niż tylko
zespół, są dla mnie czymś co nauczyło mnie być pieprzonym heavy metalowym
świrem. To co dane było mi przeżyć 16 lipca 2005 roku, na zawsze zapadnie w
mojej pamięci, stając się wyznacznikiem tego jak powinien wyglądać pieprzony
metalowy show! Można narzekać, że było sporo przerw, można przeklinać, że Joey
przedstawił chyba niemal wszystkich członków Zakonu Maltańskiego (czy czegoś w
tym rodzaju), można mieć pretensje, że lider zespołu bawił się w przydługawe
konwersacje i nie potrafił wypić piwa (dużo pan pije? Nie, skąd, połowę
rozlewam), ale... No właśnie! Jeżeli ktoś operuje basem jak mieczem, przez
kilkanaście minut udowadniając, że chyba urodził się z tym instrumentem w ręku,
to robi wrażenie. Jak się wyrywa struny dalej pogrywając na basiku to robi
jeszcze większe wrażenie! Niecodziennie ma się okazję też popatrzeć jak się po
scenie jeździ legendą szos – Harleyem Davidsonem. Co by nie mówić fani w
Czechach mieli okazję zobaczyć kawał dobrego show, a przy okazji posłuchać
nowego kawałka „King Of Kings”, który jednak w mojej ocenie swoją wartość
przedstawi dopiero w wersji studyjnej. Muszę przyznać, że 2 godziny i 50 minut,
jakie trwał koncert headlinera tego rocznego MASTERS OF ROCK było naprawdę
niesamowite. Nie można zapomnieć też o udziale orkiestry (chyba filharmonii w
Zlinie), która wspomagała Manowar w kilku utworach. No i to morze fanów, które
razem ze swoimi idolami odśpiewywało wszystko, co można było pośpiewać.
„Warriors Of The World”, „Hail And Kill”, „The Gods Made Heavy Metal” czy
genialne w moim odczuciu „Heart Of Steel” i „Battle Hymns”. Najzwyczajniej istne
“Hell On Earth”! Eh jeszcze długo po koncercie nie mogłem dojść do siebie i
przeżywałem każdy jego moment. Wojownicy z Manowar z nawiązką zrehabilitowali
się w moich oczach po „nieporozumieniu” w Zlinie! Po tak długim staniu byłem tak
zmęczony, że jeszcze parenaście minut i chyba dostałbym skurczy. Kładąc się spać
wciąż miałem przed oczyma Erica Adamsa i ten jego wrzaskliwy wokal w uszach!
Hail, hail, hail and kill!!! Yeaaah!!!
Dzień 3
Trzecia odsłona MASTERS OF ROCK nie zapowiadała się już tak interesująco jak
dwa wcześniejsze dni. Nie mniej w niedzielę miały wystąpić jeszcze Sweet i
HammerFall, którego formy byłem bardzo ciekawy, po przesłuchaniu ostatniego ich
krążka. No, ale po kolei. Po rannym przebudzeniu, tradycyjna wyprawa po jedzenie
do centrum miasteczka, a potem lekki obiadek, kilka piwek i międzynarodowy mecz
piłkarski, który rozegraliśmy między innymi z Czechami, Słowakami i Rumunami.
Taka zwykła, prozaiczna rzecz jak football, a jednak sposób, w jaki potrafi
zbratać różne nacje jest niezwykły. Z kronikarskiego obowiązku muszę wspomnieć
tylko, że nasze „bratanie” skończyło się zaraz po tym jak piłka wylądowała w
parkowym stawie i nikt nie był skory do jej wyłowienia. Oczywiście nacją
odpowiedzialną za ten stan rzeczy byli jak można się było spodziewać Polacy,
hehe. No, ale przejdźmy do muzycznych wydarzeń tego dnia. Oddaję więc „pióro”
Darkowi.
PLEXIS (Darek): W trzeci dzień festiwalu wyruszając na
Ratos De Porao udało się nam załapać na połowę występu Plexis. Zespół
prezentował radosną muzykę spod szyldu punka i ska. Wśród swoich, naprawdę
niezłych utworów, można było usłyszeć zaśpiewany po czesku covery: Ramones
„Somebody Put Something In My Drink” i „Glenda And The Test Tube Baby”z
repertuaru The Toy Dolls. Bardzo fajny i wesoły występ. Szkoda, że nie widziałem
całego koncertu Plexis, jednak następnym razem nie omieszkam zobaczyć całego
występu.
RATOS DE PORAO (Darek): Około godz.16.30 na scenę
wtargnęli muzycy z Ratos De Porao. Na występ tej grupy czekało wielu fanów
ciężkiego brzmienia. Brazylijczycy nie zawiedli w żadnym wypadku publiczności.
Zagrali bardzo (naprawdę bardzo) mocno, potężnie brzmiące gitary,
charakterystyczny growling i do tego punkowa ekspresja. Wszystko to daję
specyficzną całość, a skojarzenie z wczesnymi dokonaniami Sepultury mile
widziane. W sumie niezły koncert, ale żadna rewelacja.
TRI SESTRY (Darek): Jak przystało na „Masters Of Rock”
mamy tutaj różne odmiany rocka. W tym zestawie nie mogło zabraknąć legendy
czeskiego punka/ska, czyli Tri Sestry. Po raz drugi lub trzeci widzę ten zespół
na żywo i jestem pod dużym wrażeniem. Tri Sestry jak nikt inny z czeskich
zespołów potrafił rozbawić publiczność. Każdy, powtarzam każdy tekst piosenek
był śpiewany przez fanów w różnym wieku. Takiej reakcji dawno nie widziałem.
Szok – jednak Czesi potrafią się wspaniale bawić i nie przeszkadza im ścisk czy
niepewna aura. Dla mnie Tri Sestry to wspaniały odpowiednik angielskiego
kultowego zespołu The Toy Dolls. W Polsce na pewno przydałaby się taka formacja,
może kiedyś Leniwiec im dorówna. Jednak ortodoksyjnym metalom muzyki Tri Sestry
nie polecam, ale wszystkim lubiącym dobrą zabawę jak najbardziej.
SWEET (Darek): Po Tri Sestry nadszedł czas na dinozaurów
hard rocka – Sweet. Początki grupy sięgają 1966 roku, a największą popularność
zespół miał w latach siedemdziesiątych. Niestety dwóch założycieli Sweet: Brian
Francis Connolly i Michael Thomas Tucker odeszli z tego świata, niemniej w
zmienionym składzie grupa zaprezentowała się bardzo dobrze. Przeszło godziny set
został wspaniale zagrany, wyśmienicie słuchało się go przy browarze. Sweet
wykonał praktycznie same przeboje, bardzo wątpię, ażeby ktoś nie znał takich
hitów jak: „Hellraiser”; „Love Is Like Oxygen”; „Fox On The Run” czy „The
Ballroom Blitz”. Znakomita zabawa, jednak, co klasa to klasa, zawsze jest sens
sprowadzać stare wspaniałe zespoły, które mogą rozbawić każdą publiczność.
HAMMERFALL (Marcin): Ostatnim co dane było mi zobaczyć
podczas trzech dni festiwalu byli panowie z HammerFall. Powiem szczerze, że
gdyby nie to, że zagrali sporo starych kompozycji to uznałbym ich występ za
kiepski. Moim zdaniem koncert na MASTERS OF ROCK potwierdza tylko złośliwe
docinki, że Szwedzi zmierzają w stronę grania słodkiego power metalu, mającego
coraz mniej wspólnego z prawdziwie ciężką muzą. To moja prywatna opinia w
najmniejszym stopniu nie potwierdzona przez fanów HammerFall, którzy licznie
przybyli zobaczyć swoich „pupili”. Myślę, że wszystkim tym ludziom występ
Skandynawów przypadł do gustu, co dobitnie było widać po reakcjach publiczności.
Jednak bez przesady powiem, że maniaków ciężkiej muzy podczas tego koncertu było
o wiele mniej niż na występach Manowar, Rhapsody czy chociażby Nightwish. Co by
jednak nie powiedzieć, zespół z pod znaku „młotka” mnie osobiście nie powalił i
bez żalu w połowie koncertu udałem się by przepłukać co nieco gardziołko.
Po szwedzkich wojownikach można było jeszcze posłuchać muzyków
Waltari, którzy zaczęli nawet ciekawie, ciężko, melodyjnie, ale wystarczył
moment, w którym zagrali jakiś cover „techno” abym stwierdził, że lepiej udać
się na spoczynek i nabrać sił przed powrotem do domu. Okazało się jednak, że po
długiej i obfitującej w przygody podróży do domu dotarłem dopiero o 1.30 we
wtorek nad ranem. W tym miejscu pozdrawiam ludzi z Krakowa, którzy okazali się
moimi towarzyszami podróży, nie mniej następnym razem chyba jednak pojadę
pociągiem, hehe! Co by nie napisać o tych, trzech szalonych dniach w Vizovicach,
pewne jest to, że jak znam życie to mnie i Darkowi coś zdołało umknąć. Nie mniej
mam nadzieję, że w miarę dobrze oddaliśmy nastrój, jaki panował na MASTERS OF
ROCK. Na koniec nie będzie niespodzianką, jeżeli napiszę, że SEE YOU IN NEXT
YEAR VIZOVICE!
|