
Album Kings Of Metal wydany w roku 1988 uważany
jest nadal przez wielu za jeden z najlepszych, o ile nie najlepszy materiał wydany przez Manowar. Jak twierdzi sam Joey DeMaio album został w całości dedykowany fanom, którzy ochrzcili ich mianem Królów Metalu i zainspirowali do napisania utworu o tym samym tytule. Przejdźmy jednak do sedna.
Na płycie znajduje się 10 utworów. Album otwiera demoniczne ryczenie silników Harleya-Davidsona. Jest to zarazem wstęp do utworu Wheels Of Fire, utrzymanego w bardzo szybkiej, power metalowej konwencji. Atakuje nas w nim to z lewej to z prawej nakładający się na siebie wokal Adamsa, od czasu do czasu
urozmaicony falsetowym krzykiem. Najlepszy efekt osiąga się słuchając tego kawałka na słuchawkach lub dobrze rozstawionym sprzęcie stereo. Kolejny utwór to wspomniany już Kings Of Metal powstały na prośbę fanów Manowar. Opowiada on krótką "historyjkę" o zespole. Choć jeśli chodzi o tekst, to ociera się on o tandetę, to jednak pod względem muzycznym jest to prawdziwa perła. Kolejnym kawałkiem jest Heart Of Steel, utwór właściwe balladowy. Doczekał się on tłumaczenia na język niemiecki - dokonał tego jeden z niemieckich fanów. Jest to jeden z lepszych, o ile nie najlepszy, tego typu
utwór Manowar. Następny na płycie jest znakomity popis basowych umiejętności Joeya - Sting Of The Bumble Bee (czyli Lot trzmiela - utwór klasyczny w oryginale autorstwa Nikołaja Rimskiego-Korsakowa). Całości dopełnia stalowa perkusja Scotta. Jest to najlepsza solówka na basie jaka kiedykolwiek słyszałem. Kolejny utwór to majestatyczny The Crown And The Ring (Lament Of The Kings), który zespół nagrywał wraz ze stugłosowym męskim
chórem Canoldir w katedrze św. Pawła w Birmingham w Anglii. Następny na liście jest Kingdom Come. Jest to również bardzo nastrojowy kawałek, przyozdobiony dobrze znanymi już w twórczości Manowar chórkami i wspaniale brzmiącym, czystym, epickim głosem Erica Adamsa. Po nim następuje utwór, dość kontrowersyjny, przynajmniej dla płci pięknej ;). I choć pod względem wokalnym i muzycznym jest to bardzo dobra, metalowa ballada, to jednak dźwiękami występującymi na samu początku jak i samym tekstem wojujące feministki mogą być
lekko oburzone :). Mowa oczywiście o Pleasure Slave. Następny w kolejce jest utwór przez wielu uważany za najlepszy w repertuarze Manowar - Hail And Kill. Uważam, że ta opinia nie jest zbyt przesadzona, gdyż ten sześciominutowy kawałek to apogeum twórczości Manowar. Jest w nim wszystko z czego Królowie Metalu słyną i czym przyciągają fanów. Rozpoczyna się łagodnym
instrumentalnym wstępem, któremu towarzyszy równie delikatny śpiew Erica. Kiedy po około półtorej minuty wczujemy się w już panujący nastrój następuje cisza... a po chwili nasze uszy atakuje burza nakładających się na siebie instrumentów, po czym dołącza do nich wściekły wrzask Adamsa. Nad tym wszystkim panuje miażdżąca perkusja (coś jak ryk pędzącego parowozu), doskonale uzupełniająca bas
i gitarę elektryczną. Co jakiś czas ujawnia się chór wtórujący Ericowi wykrzykując "HAIL AND KILL". Oczywiście nie zabrakło również osławionego już krzyku wokalisty. Przedostatnią zaś pozycję (The Warriors Prayer) zajmuje raczej swego rodzaju ciekawostka aniżeli pełnowartościowy utwór, jest to bowiem opowieść dziadka skierowana do wnuczka, opowiadająca wydarzenie którego ów dziadek był świadkiem. Chodzi oczywiście o walczących ze światem Metalowych
Królów. Jest to ponoć historyjka, której w dzieciństwie słuchał Joey.
Tak oto dotarliśmy do ostatniego już utworu - Blood Of The Kings. Osobiście jest to mój ulubiony utwór z tej płyty, obok Hail And Kill, ale wynika to być może z tego, że usłyszałem go jako pierwszy ze wszystkich skomponowanych przez Manowar. Początek to znowu falsetowe wrzaski Adamsa przeplatające się z basem i perkusją. Sam utwór opowiada o czterech Królach Metalu podbijających cały świat podczas swej krucjaty. W utworze nie zabrakło oczywiście chórów, a są one tutaj znakomicie wkomponowane. Po około trzech
minutach następuje instrumentalny pasaż, po którym Eric zaczyna śpiewać jeszcze raz ostatnią zwrotkę, ale w nieco innej aranżacji. Sam koniec utworu to trzyminutowa instrumentalna kompozycja zamykająca równocześnie album.
Tak oto dotarliśmy do końca recenzji. Jestem zagorzałym fanem Manowar jednak ten album, nawet przez całkowicie neutralnego recenzenta nie zostałby gorzej oceniony. Dlatego moja ocena to 9,5/10 (nie jest to 10/10 gdyż Manowar nadal tworzy i niewykluczone, że pojawi się jeszcze lepszy album od tego ;)).
OCENA: 9,5/10
Warlord |